Amanda traciła siły, poruszała się coraz wolniej, a jej moc była za słaba, na to. Ciskała go, ale to nic nie dawało. Nawet się tym nie przejął, ale ona traciła siły. Wiedziała, że zaraz ją dogoni. Odwróciła głowę. Stwór był coraz bliżej. Widziała go dokładnie. Podobny do wilka, ale dużo większy, wzrost podobny do dwunastoletniego dziecka, prawie bezwłosy, sierść miał tylko na ogonie. Wyraźnie odznaczające się mięśnie przerażały, wystarczyło by użył tylko trochę swojej siły, by ją zabić. Jasnoniebieskie oczy, sprawiały, że przeszywał ją paraliżujący chłód. Spojrzała przed siebie. Drzewa się przeżedzały. Stwór z pewnością ją tam zabije. To... koniec.
Wybiegła z lasu, spojrzała na niego. Był tylko pare kroków od niej. Upadła. Odwróciła się do potwora. A on... zwolnił. Serce kołatało w piersi Amandy. Nie wiedziała co się dzieje. Podszedł i stanął nad nią. A z bliska wyglądał jeszcze straszniej. Blizny na całym ciele, pokazywały jego niezniszczalność.
O Najspokojniej w świecie patrzył i oddychał, a oddech miał paskudny. Pachniał zgnilizną. Ale to był najmniejszy problem jaki miała Amanda. Stwór zaczął szeptać.
-Już za chwilę umrzesz. Pożegnałaś się z rodziną? Już nie będzisz miała okazji ich uściskać.
-Dlaczego to robisz?!
-Tak musi być, robię to od setek tysięcy lat.
Zwierz ryknął jej prosto w twarz tak, że mogła policzyć wszystkie gigantyczne zęby, które nie wyglądały na tępe. Ale coś jej się przypomniało. Ojciec dał jej szałwie i sól. Chyba teraz powinna tego użyć. Musiała odwrócić jego uwagę.
-Nie musi tak być!-krzyknęła-kto ci tak każe?
-Mój Pan. Muszę go słuchać.
Amanda grzebała w kieszeni. Nie mogła wyjąć zawiniątka.
-Powinieneś być panem dla siebie. To ty powinieneś żądzić swoim życiem.
Jest. Wyciągnęła, udało się
-Nie prawda. Takie jest moje przeznaczenie.
Ryknął jej znowy w twarz. Nie podobały mu się te słowa, ale skutecznie odwróciły jego uwagę.
Wiedźma odwiązała sznureczek wzięła szczyptę mieszaniny i sypnęła go w pysk. Potwór w mgnieniu oka rozpłynął się w powietrzu, pozostało tylko echo jego ryku.
Amanda odetchnęła. Podziękowała w duchu ojcu za mieszaninę. Wiedziała, że już byłaby martwa, gdyby nie to. Wstała. Odwróciła się, a przed nią pojawił się domek. Z komina leciał dym, na dachu brakowało kilku dachówek, a ze ścian odlatywała farba. Ale mimo to wydawał się przytulny. Czuła, że musi tam wejść, że to tu miała dotrzeć. Zapukała. Drzwi lekko się uchyliły, zapraszając ją do środka. Weszła w środku było wiele półek, a na nich grube księgi w skórzanych oprawkach. Wydawałoby się, że nikogo tam nie było, ale skąd dym? Amanda przechodziła obok półek, gładząc książki, oglądają zwisające z sufitu zioła, o których nie miała zielonego pojęcia. Nagle obok niej, nie wiadomo skąd, pojawiła się kobieta. Ubrana w zwiewną szatę kolory kremowego, na boso, rozpuszczone złociste włosy. Na szyi zawieszony kamień na rzemyku.
-Witaj Amando.
-Oh.. witaj. Przepraszam, że tu weszłam, ale gdy zapukałam, drzwi same się otworzyły.
-Nic się nie stało.
-Hej, a skąd znasz moje imię?
-Czekałam na ciebie. Trafiłaś w pierwsze miejsce twojej nauki. Dzisiaj coś zjesz i się prześpisz, a jutro zaczynamy. Zaczniemy od początku. Na stole masz posiłek. Odpocznij. I odeszła, zostawiając młodą czarodziejkę z setką pytań w głowie.
___________________________________
Przepraszam, że tak późno, ale komputerowi coś się stało i musiałam to pisać na telefonie...
Komentujcie! Zostawiajcie opinie <3
sobota, 14 grudnia 2013
Rozdział III-c.d.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
więcej szczegółów w opisach. I chce więcej!:)
OdpowiedzUsuńok, postaram się, dziękuje :) co do następnej części-w piątek będzie :)
Usuń